Recenzje
Krzysztof Klenczon - "Nie przejdziemy do historii"

Lubię Czerwone gitary, ale jakoś zawsze bliżej mi było do Klenczona, niż do Krajewskiego. Seweryn jest zbyt grzeczny. Z kolei Klenczon ma ten rockowy pazur, który przede wszystkim pokazał na albumie Nie przejdziemy do historii. Przesterował gitary, wydobył chrypę z gardła i nagrał kilkanaście zadziornych piosenek. Mało tu przebojów. Do dziś trudno mi 10 w skali Beauforta nazwać przebojem. Przecież to mocny, metaforyczny kawałek! Dlaczego postanowiłem opisywać płytę z 1972 roku? Bo brzmi prawdziwie. Słyszę, że w otchłani dźwięków gra człowiek. Dzieło jest do bólu szczere. A ja cenię sobie szczerość w muzyce, w sztuce. Przemawiają do mnie obrazy malowane słowami w tekstach. Słucham, a jednocześnie przebywam gdzieś na Mazurach, w lasach, przy ognisku. Ot, choćby taki Statek widmo czy Port. Daleko tu jednak do radości. Album jest raczej melancholijnym portretem Klenczona… Czyjaś dziewczyna, Retrospekcja i Ludzie wśród ludzi - jakże pełno tu tęsknoty, drzazg, samotności. Oczywiście, płyta posiada słabsze akcenty. Mam na myśli Śmigłą Dianę i cukierkowaty Nie ma Cię w moim śnie. Nie przysłania to jednak pozytywnego wrażenia. Często sięgam po tę muzykę. To chyba tęsknota za autentycznością. Za kimś, kto wyjdzie na estradę i będzie odważny zaśpiewać, że nie przejdzie do historii i literatury.

Dodano dnia: 29.11.2014



Książka - Monika Kowaleczko-Szumowska - "Galop '44"

Mija właśnie 70 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. W sierpniu 2014 roku młodzi ludzie w zupełnie inny sposób spędzają wakacyjny czas, aniżeli ci z 1944. I bardzo dobrze. Nikt ze współczesnych o zdrowych zmysłach nie zamieniłby się chyba z historycznymi rówieśnikami. Bo jak zamienić beztroskie, szaleńcze chwile nad pięknym Morzem Bałtyckim na notorycznie ostrzeliwaną i bombardowaną Warszawę, w której pełno gruzów, krwi i łez? A jednak… W literaturze wszystko jest możliwe.

Monika Kowaleczko-Szumowska stworzyła Galop ’44. Powieść ukazała się dosłownie kilkanaście dni temu. W moim mniemaniu, to bardzo ważne wydarzenie. Uważam, że brakowało na rynku czytelniczym opowieści o Powstaniu Warszawskim. Opowieści kierowanej nie do kombatantów, a do współczesnej młodzieży. Pomysł na fabułę jest kapitalny. Autorka bowiem łączy realia (jak i ułomności) dwudziestego pierwszego wieku z realiami powstańczej Warszawy. W jaki sposób? Po prostu przerzuca dwóch braci, siedemnastoletniego Wojtka i trzynastoletniego Mikołaja, z Muzeum Powstania Warszawskiego w wir szaleńczych wydarzeń z 1944 roku! A wehikułem czasu stają się – jakżeby inaczej – kanały…

Wojtek i Mikołaj egzystują więc w dwóch światach. Jednak z każdym dniem coraz bardziej utożsamiają się z Warszawą ’44. Pospolite sprawy nagle stają się honorowymi, zwykłe zadania rozkazami. A w przypadku Wojtka, przyjaźń stopniowo przemienia się w miłość.

Książkę czyta się jednym tchem. Ileż wrażeń dostarcza, m.in. rozdział pt. „Zrzuty nad placem Napoleona”, w którym opisana jest dzielność brytyjskich lotników wspomagających walczących Polaków!

Entuzjazm entuzjazmem, ale nie mogę nie podzielić się gorzką refleksją, która naszła mnie po zamknięciu ostatniej strony. „Zakochałem się w powstaniu” – przyznał Mikołaj w pewnym momencie. Tu zapalam czerwone światełko… Jak można zakochać się w wojnie, w grozie śmierci, w prochu? Dlatego też obawiam się, że „przygodowość” powstania wymalowana w Galopie ’44, może zbytnio przykryć prawdziwą katastrofę ówczesnej ludności. Z drugiej strony, młodzież głodna jest przygód! Szumowska musiała przyjąć taką poetykę. Grunt w tym, by jednocześnie pamiętać o tragicznych danych historycznych.

PS Tytuł powieści kryje w sobie motyw muzyczny, skądinąd zaskakujący. Bo powstańcy słyszą galop, ale też i jedną z ballad zespołu Metallica, graną oczywiście na… fortepianie! Gnajcie do księgarni. Polecam!             

Dodano dnia: 15.08.2014



Książka - Zbigniew Masternak - "Nędzole"

„Wreszcie prawdziwa powieść o polskiej emigracji zarobkowej!” – głosi hasło na okładce. Nie tylko ono przykuwa uwagę, ale i pomysł. Tajemniczo niespokojne niebo, ciche budynki miasta i Wieża Eiffla w kształcie scyzoryka – dają do zrozumienia, iż Nędzoli można potraktować jako kontynuację trylogii młodzieńczej Masternaka, na którą składały się trzy powieści: Chmurołap, Niech żyje wolność i Scyzoryk.

Tym razem, z kraju czytelnik zostaje porwany do… Francji. Temat nietrudny do odkrycia. Życie codzienne Polaków na emigracji. Bohater, niespełniony piłkarz i biedny literat, wyjeżdża ze swoją ukochaną Renią „na podbój” Francji, ale jak się szybko okazuje – rzeczywistość jest mniej przyjazna z bliska, niż z perspektywy 1500 kilometrów: „Renia była zawiedziona, że przez pięć tygodni nic nie zarobiliśmy, a w dodatku wydaliśmy resztę kasy. Uspokajałem ją – a był to wyświechtany argument – że początki wielkich artystów bywają zwykle trudne”. Rzeczywiście… noce na bruku, beznadziejne położenie. Pozostaje nadzieja. 

Proza Masternaka jest bardzo autobiograficzna, więc można potraktować bohatera jako alter ego twórcy. Fascynuje, w jaki sposób pisarz interpretuje codzienność, a co ważniejsze – jak gra ze stereotypami i relikwiami polskiej kultury. Czasami robi to w mało przekonujący sposób, jakby rodem z opracowań lektur szkolnych („Przed sobą miałem widok na Mont Blanc. Kordian jako młodzieniec przeżył wiele rozczarowań. Czyli podobnie jak ja – przecież także byłem skłócony ze światem, rozdarty wewnętrznie, idealizowałem miłość”). W innych fragmentach jest ciekawiej: „W końcu ja też zasnąłem na ławeczce. Całą noc Mickiewicz tłumaczył mi cierpliwie, że „Księstwo” nie będzie polską epopeją narodową (…). Zbudziły mnie jakieś pokrzykiwania. Podniosłem się z ławki i poszedłem odlać się za pomnikiem wieszcza”. Jak wspomniałem, pisarz bawi się stereotypami. Pejoratywny obraz typowego Francuza, jaki wyłania się z rozdziału szóstego, trudny jest do zweryfikowania. W mojej drużynie gra Francuz i nijak jego zachowanie nie pasuje do ram wytyczonych w książce. Pracuje za granicą, nie jest „zarozumiałym dupkiem”. Tak to już bywa ze stereotypami…

Da się zauważyć, iż autor to erudyta. Czytelnik napotyka mnóstwo odwołań do spuścizny innych malarzy, pisarzy, dzieł sztuki. Nie powinno to drażnić, gdyż rodzaj lektury intertekstualnej jest niezwykle pasjonujący. Posiada także walory edukacyjne. Dzięki powieści Masternaka dowiedziałem się, np. o malarstwie Luisa Le Naina.

Masternak lubi „głaskać” swoje ego. Zdarza się, że przypomina o swojej książęcej krwi, ale najlepiej owo „głaskanie” uwidocznione jest we fragmentach, w których pisze o piłce nożnej. Gdy bohater powieści napotyka grupę agresywnych Ormian, wspomina: „Bez wątpienia, te gnoje chciały mi wpierdolić jak kiedyś kibole Alitu Ożarów, gdy strzeliłem ich drużynie hattricka w barwach OKS-u”. Sny o wielkiej karierze, które nawiedzają bohatera – są tylko potwierdzeniem niespełnienia.

W Nędzolach znakomicie odrysowano portret psychologiczny „Polaczka”, a właściwie jego zachowanie w trakcie powrotów do ojczyzny. Autor wspomina o Szypule, który „lubił ciężko pracować, a przy tym chlać na umór. Po pół roku zjeżdżał do Polski na urlop. Z oddalonego o prawie 200 kilometrów lotniska w Warszawie przyjeżdżał do domu taksówką, bo twierdził, że nie będzie jechał busem jak dziad. Szypuła chciał pokazać ludziom, jak się żyje na bogato. Baletom nie było końca. Stołował się tylko w restauracjach, wszystko obficie zakrapiając alkoholem. Zapijał w sobie te wszystkie upokorzenia, które spotkały go za granicą”. Ten fragment jest kwintesencją powieści, skądinąd zakończonej pozytywnym akcentem.

Polecam Nędzoli. To wciągająca historia, jakże bliska nam wszystkim. Tym, którzy wyjechali, i tym, którzy na nich czekają. Łączy nas jedno... „Dlaczego my także musimy pielgrzymować za pracą i lepszym życiem? I czy na pewno lepszym? W slumsach Londynu, blokowiskach Paryża czy kiepskich dzielnicach Berlina?”.

Dodano dnia: 16.05.2014



Książka - Maria Bogucka - "Bona Sforza"

Czuję sentyment do epoki Jagiellonów, a przede wszystkim do okresu zygmuntowskiego (1506-1572). Sentyment ten nie rodzi się wcale z nostalgii za „potęgą”, a raczej ze szczególnego zainteresowania dwiema postaciami tamtych czasów: Stańczykiem i królową Boną Sforzą. Obraz mądrego błazna, malowany ręką Jana Matejki, wisi nad mym biurkiem. Przepadam za towarzystwem mądrych błaznów. Z kolei królowa Bona wprowadziła sporo fermentu w Koronie i na Litwie. Cieszę się, że książka autorstwa Marii Boguckiej burzy czarną legendę, która od wieków krąży wokół żony Zygmunta Starego.

Oskarżenia o: trucicielstwo, bezwzględny stosunek do swoich synowych (szczególnie do owianej literackością Barbary Radziwiłłówny – wielkiej miłości Zygmunta Augusta), manipulowanie polskim królem – ciągną się za Boną od wieków. Przyczyną powstania takich opinii zapewne był jej charakter. Bona przyjechała bowiem do nieznanego sobie kraju, ale nie bała się stawić czoła, przede wszystkim rozhulanej polskiej szlachcie. Bogucka pisze o królowej: „Nie znosiła anarchii i swawoli, toteż wielkie swobody polskiej szlachty musiały ją drażnić od samego początku (…)”.

Królową cechowała pewność siebie. Miała prawo, gdyż wychowywana była na „panią”. Dorastała we włoskiej rodzinie książęcej - pełnej polityków, artystów, humanistów. Zdobyła – za sprawą swego osobistego nauczyciela Chryzostoma Colonny – gruntowne wykształcenie. W 1518 roku przyjechała więc do Polski bez kompleksów, choć z wielkim szacunkiem dla króla, swego męża – Zygmunta Starego. Czytając książkę Boguckiej, warto zwrócić uwagę na ceremonię przyjazdu Bony do dawnej stolicy Polski oraz opis zaślubin i koronowania: „Ślub był okazją do odbycia wielkiej biesiady literackiej, filozoficznej czy naukowej, w czasie której występowali czołowi nierzadko twórcy europejscy, współzawodnicząc o sławę, zaszczyty (…)”.

Bona starała się (z powodzeniem!) wprowadzić na dwór wiele nowych obyczajów. Strój; fryzury; równouprawnienie w kontaktach towarzyskich; odżywianie. „Włoszki, co cienko jadają” – tak mówili Polacy, przystosowani do ciężkiego żarcia, na widok stołu królowej i jej rodaków. Sforza pragnęła jednak, by uczta była okazją do dysputy, a nie tylko do „obżarstwa i opilstwa”. Nie podobało się to tradycjonalistom. Nie chodzi tu wyłącznie o obyczaje, ale i działania.

Bona inwestowała na Litwie, przykładała wielką wagę do rozwoju miast, zakładała nowe parafie i szkoły. Dbała o dobro dynastii, lecz także o przyszłość Polski. Bogucka chwali jej politykę,: „(…) polityka królowej była w większym stopniu dalekowzroczna niż wielu jej współczesnych i zgodna z najbardziej żywotnymi interesami Polski. Obok prymasa Łaskiego na dworze Zygmunta właśnie Bona – Włoszka! – reprezentowała kierunek działań przez niektórych badaczy nazywany „narodowym”. Po śmierci Zygmunta Starego i kilku sprzymierzeńców, pozycja królowej słabła. Wpierw wyjechała na Mazowsze, a następnie do Włoch, gdzie otruta przez swego „zaufanego” Pappacodę, zmarła 19.11.1557 roku.

Wydaje się, że na tronie polskim w XVI wieku zasiadała wielka osobowość, której – sądząc po książce autorstwa Marii Boguckiej – nie potrafiliśmy docenić.

Czego zabrakło mi w pracy Boguckiej? Z pewnością anegdot, związanych z dworem Zygmunta i Bony. Polecam jednak serial pt. Królowa Bona (1980), gdzie w postać Włoszki wcieliła się Aleksandra Śląska. Może to być ciekawe dopełnienie wiedzy na temat okresu zygmuntowskiego, jak i omawianej książki - skądinąd bardzo rzetelnie przygotowanej pod względem faktograficznym.

Dodano dnia: 04.02.2014



Książka - Maria Janion - "Kobiety i duch inności"

Kobiety i duch innościW ostatnim okresie zgłosiło się do mnie kilku maturzystów z prośbą o pomoc w przygotowaniach do egzaminu ustnego z języka polskiego. Co ciekawe, w każdym - wybranym przez nich temacie -  wybrzmiewa słowo: „kobieta”. Motyw, stereotyp itd. Niby mało oryginalnie, ale jednak wciąż na czasie, wciąż fascynująco. Tym bardziej teraz, kiedy to toczone są zaciekłe dyskusje o gender. Sporo więc artykułów, sporo literatury. Zapoznanie się z tym materiałem pozwala mi spojrzeć na niektóre sprawy z innej perspektywy, a nie tylko – jak to trafnie ujęła Joanna Bator – z perspektywy własnego czy cudzego krocza. Otwórzmy więc stronnice zapisane przez Marię Janion…

„Kobieta jest absolutną niewolnicą fallusa” – w taki sposób Janion spina w klamrę postulaty Otto Weningera. Autorka przytacza fragmenty jego książki pt. Płeć i charakter zarazem tocząc z nimi boje. Nie zgadza się na uproszczenia typu: nie może być kobiecego geniusza; kobieta jest bezduszna; kobieta nie posiada głębi itd. Wytacza przeciwko tym sformułowaniom najcięższe działa. Odwołuje się m.in. do Archetypów i symboli Carla Gustava Junga: „psychologia twórczości jest właściwie psychologią kobiecą, albowiem dzieło twórcze wyrasta z nieświadomych głębi – z królestwa Matek”.

Bardzo ciekawym rozdziałem okazuje się „Bogini Wolności (Dlaczego rewolucja jest kobietą?)". Janion walczy tu ze stereotypami na temat kobiet zakorzenionymi w historii literatury (Schiller, Devance). Mowa tu o kategorii szaleństwa, o rzekomym rozkoszowaniu się okrucieństwem: „Kobiety posądzano o szczególny pociąg do okrucieństwa, do zadawania śmierci, do pełnego lubieżności przyglądania się torturom i egzekucjom. Mniemania podobne były od dawna rozpowszechnione, chociaż bynajmniej nie znajdowały potwierdzenia w praktyce historycznej”

Maria Janion jest przede wszystkim wybitną badaczką epoki romantyzmu, a więc nie mogło zabraknąć tytułów z tegoż okresu. Wszak romantyzm – za sprawą Mickiewicza – stworzył obraz Matki Polki. Kultowy, po dziś dzień wzbudzający wiele kontrowersji: „Mickiewicz był autorem (…) wiersza „Do Matki Polki”. Opiewał w nim kobiece męstwo, co miało potężne znaczenie dla ukształtowania się samoświadomości kobiet w Polsce. Tworzył też legendę ofiarnej kobiety polskiej, legendę, do której tak często potem Polki się dopasowywały w życiu. W efekcie romantycznych nakazów kobieta polska przyzwyczaiła się do dźwigania ciężarów życia rodzinnego i publicznego w cieniu i w milczeniu […]”.  

Do Matek Polek dołączyły dziś matki feministki. To dzięki tym drugim mamy szansę (szczególnie mężczyźni) zastanowić się nad poważnymi słowami, które wypowiedziała w jednym z wywiadów psycholożka społeczna – dr Joanna Roszak: „Polska matka jest niedoceniana. I to czuje. Czy ktoś zauważy, że matka zbiera ciuchy z podłogi i przenosi do pralki? A jak mąż zarobi na nowy samochód, to jest w domu święto”.

Dodano dnia: 23.12.2013



Książka - Edward Stachura - "Opowiadania"

Wakacje są chyba najlepszym okresem do karmienia się twórczością Edwarda Stachury. Klimat jego opowiadań choć gorzki, to doskonale wpisuje się w ramy czasu letniego. Wędrówka, przygody, podziw dla natury, dworcowe poczekalnie itd.  Książka podzielona jest na trzy główne części, zatytułowane kolejno:  Jeden dzień, Falując na wietrze, Się. Na każdą z nich składa się kilka bądź kilkanaście opowiadań.  

Po zapoznaniu się z całością (ss. 422) mogę przyznać, że przemawia do mnie przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Drapichrusta, kloszarda, autsajdera.  Alter ego twórcy? Zapewne. Trzeba pamiętać, że Stachura od najmłodszych lat przyzwyczajony był do podróży (Francja, Jugosławia, Szwajcaria, USA), jak i do trudnej sytuacji materialnej. Podczas studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1957/1958) zdarzało mu się spać na dworcu, żebrać o pieniądze. Reminisencje tamtych czasów stale są obecne w omawianym zbiorze: „I kiedy, wieki temu, piętnastoletnim będąc chłopakiem i jednodniowym człowiekiem, się porzuciło dom rodzicielski, żeby być bezdomnym, żeby być sierotą, żeby było sprawiedliwie – tam właśnie, nie świadomie, ale magnetycznie wiedzionym, się zaczęło się kierować: ku krańcom, ku pograniczom, ku rubieżom, ku najdalej wysuniętym łukom, ku apheliom, ku straszliwym i cudnym manowcom. Ku największym rozdzierającym tęsknotom [...]” (fragm. opowiadania pt. San Luis Potosi).  Wybranie takiej drogi wiąże się jednak z wszystkimi tego konsekwencjami. Co dla człowieka uporządkowanego, typowego wydaje się normalne, to dla wagabundy już takim nie jest. Stachura, w utworze pt. Płynięcie czasu, układa modlitwę do … łaźni: „Popłukałem się, ręce i twarz, i za uszami, żeby senność odpędzić. Nie mówię, że się wymyłem, bo to jest żadne mycie bez mydła. Ale wczoraj po robocie byłem w łaźni. „Błogosławiona bądź łaźnia-boginia / kąpiel ty jesteś śródziemna malina / a wodotryski twoje promieniste / są jak pieszczoty wdzięku pełne czyste / Błogosławiona bądź łaźnia-boginia / łaska ty jesteś raj dla poganina / co wybiedzony utrudzony / przez najdalniejsze gwiazdy prowadzony […]. Tak, że brudny nie jestem…”.

Bohater-łazik sytuuje się na marginesie prozy życia. Taki punkt zaczepienia pomaga mu na pełniejszą, precyzyjniejszą formę obserwacji społeczeństwa (jak w opowiadaniu pt. Poranek, gdzie wyznaje: „Zawsze jak jestem w mieście i patrzę na ten wielki ruch, na ten naród, co się ciągle gdzieś śpieszy i pędzi, to myślę, że ten wielki ruch miastowy to (…) tylko tak zwana iluzja. Wszyscy gdzieś biegną, podążają, pędzą, byle prędzej i oto. I oto wieczorem wszyscy znajdują się tam, skąd rano wyskoczyli ze swoich pudełek”).

Narratora-filozofa martwi forma ludzkich dusz i jej skutki, czyli iluzoryczność czynów, które w powszechnej opinii uznawane są za wzniosłe. Daje temu najpełniejszy wyraz w Nocnym popołudniu: A my, czy możemy naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi, jeżeli sami pomocy potrzebujemy, jeżeli cierpimy?  Przecież tym, czym jesteśmy wewnątrz, tym jesteśmy na zewnątrz, i jeżeli jesteśmy wewnątrz jedną krwawą raną, jedną wielką gulą cierpienia, to przecież wszystko, co dajemy drugiemu człowiekowi, jest tym cierpieniem napiętnowane naznaczone zarażone.  Trzeba by być jak Słońce samym światłem, samym blaskiem, samym ciepłem, samym dobrem, samą miłością – żeby móc komukolwiek pomóc. Prawdziwie pomóc, nie tak , jak pomagamy: niezdarnie marnie ślamazarnie chwilowo ułamkowo ułomnie znikomie bezowocnie”. 

Stachura ciekawie też szkicuje własne marzenia. Gdy większość pragnie iść w biznesy i zgłasza chęci rozmnażania swych dóbr, on konstatuje: „[…] nie marzę o wielkiej karierze , o wielkiej przyszłości i żebym tak całe życie miał kawałek chleba i od czasu do czasu jakąś robotę, i żebym tak całe życie miał zdrowe nogi i rozum, to to by była dla mnie wieczna szczęśliwość. Bo nie marzę o wielkiej karierze. To mi się nie śni. Nie, żebym nie miał ambicji, albo zdolności. Mam. Ale nie na to. Nie po to. Bo wiem już od dosyć dawna, już od dosyć dawna się przekonałem (…), że ci najwięksi to nie są wcale ci najwyżej, tylko ci najniżej. Tych trzeba całować w rękę uniżenie”. Znawcy literatury staropolskiej dopatrzą się w powyższym fragmencie (i słusznie) parafrazy jednej z fraszek Jana Kochanowskiego. Tych odniesień w opowiadaniach Stachury jest z pewnością więcej. Podczas lektury warto zwrócić też szczególną uwagę na analizę pojęcia: ‘wojna’, której podjął się autor. Ale to pozostawię w tajemnicy... Z nadzieją, że nad morzem, w górach czy lasach sięgniecie po kartki zapisane przez pisarza-tułacza. 

Dodano dnia: 31.07.2013



Książka - Sigmund Freud - "Kultura jako źródło cierpień"

Szokujący tytuł, prawda? Zazwyczaj kultura kojarzy nam się z czymś wzniosłym, dającym szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Freud pokazuje jednak jej inne oblicze…

Nie będę ukrywał, iż pierwszą książką Freuda, z którą się zapoznałem był Wstęp do psychoanalizy. Publikacja ta zrobiła na mnie spore wrażenie i okazała się wstępem do poznawania kolejnych dzieł tego wybitnego neurologa. Postulaty Freuda przemawiają do mnie, gdyż mają przełożenie na naszą egzystencję. Porównując wysuwane wnioski z własnymi doświadczeniami trudno dostrzec większe różnice. Zanim przejdę do esencji Kultury jako źródła cierpień, pragnąłbym wyjaśnić czym jest kultura (oczywiście wg Freuda). Jak wiemy,  mamy do czynienia z ok. 700 definicjami tegoż pojęcia. Freud pisze tak:

„Kultura ludzka – mam tu na myśli to wszystko, w czym życie ludzi wzniosło się ponad swe zwierzęce uwarunkowania i czym różni się od życia zwierząt (i nie oddzielam kultury od cywilizacji) – ukazuje obserwatorowi, jak wiadomo dwie strony. Obejmuje całą wiedzę i wszystkie umiejętności, jakie zdobyli ludzie w celu opanowania sił przyrody i pozyskania jej dóbr gwoli zaspokojenia swych potrzeb […]”.

A skąd zestawienie na jednej płaszczyźnie kultury i cierpienia? Dwie strony dalej badacz dowodzi, iż „każda kultura wymaga budowy na zrębach przymusu i wyrzeczenia się popędów”. Oczywiście Freud w kolejnych zdaniach rozwija tę myśl, pisząc m.in. o frustracji spowodowanej zakazem.

Kultura jako źródło cierpień składa się z dwóch esejów, które zatytułowane są kolejno: Dyskomfort w kulturze (1930) i Przyszłość pewnego złudzenia (1927). Przyznam, że oba warte przeczytania, aczkolwiek bardziej przemówił do mnie Dyskomfort… i na tym tekście skupię swą uwagę. Ludzie zastanawiają się często nad swym ciężkim losem, nad bólem. Freud jasno wskazuje na trzy miejsca, z których wypływają cierpienia:  1 – nasze ciało („przeznaczone do rozpadu i rozkładu”), 2 – świat zewnętrzny („niszczycielskie, nieubłagalne” siły),  3 – nasze stosunki z innymi ludźmi. Jesteśmy osaczeni więc z każdej strony. Trud życia wydaje się potężny. Freud  znajduje jednak sposoby (tzw. „środki łagodzące”) stawiania się temu trudowi:

„Ciężko jest znieść jarzmo życia – przynosi nam ono zbyt wiele bólu, rozczarowań, zadań, których nie sposób rozwiązać. Aby temu sprostać sięgamy po środki łagodzące […]. Istnieją chyba trzy rodzaje takich środków: silne środki odwracające uwagę, dzięki którym możemy bagatelizować naszą niedolę, zaspokojenia zastępcze, które ją zmniejszają, i środki odurzające, dzięki którym jesteśmy na nie niewrażliwi”.

Powyższy fragment należy do tych fragmentów, dzięki którym mam ciągły apetyt na literaturę. Dlaczego? Widzę tam po prostu zwierciadło ludzkich walk. Każdy walczy. Bez wyjątku. Szczęśliwi w nieszczęściu ci, którzy znajdą owe „środki łagodzące”...

MOTTO: Głównym celem w rozwoju człowieka jest realizacja programu zasady przyjemności, znalezienie zaspokojenia potrzeby szczęścia […]

Czy to nie o nas??? Oczywiście, że o nas. Dlatego ta książka, szczególnie jej pierwsza część, należy do wielkich. Dała kolejną odpowiedź na pytanie: kim jestem? – które nurtuje mnie od lat…

Dodano dnia: 04.04.2013



Książka - Jerzy Pilch - "Bezpowrotnie utracona leworęczność"

Nie wiem czy to jakieś odchylenie, ale dużo książek przeczytałem ze względu na tytuł. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to podejście do literatury profesjonalne, ale cóż począć…  Zgrabnie ujęta nazwa książki, posiadająca dodatkowo jakiś odcień kontrowersyjnej tajemniczości, jest magnesem, który wsysa mnie w więzienia stron. Jerzy Pilch spłodził wiele dzieł, m.in.  Pod Mocnym Aniołem (laureatka NIKE). Do zapoznania się z tą książką przeszkadza mi jednak tytuł. Dzienniki przeczytałem, bo ogólnie lubię dzienniki. Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym – za samą nazwę dałbym nagrody, aczkolwiek treść nie powaliła mnie na kolana (wyjątek: wspomnienie o Tischnerze ->„Mgła nad Łopuszną”). Tym razem, pani z biblioteki, za moją namową, przyniosła Bezpowrotnie utraconą leworęczność. Gdybym był praworęczny, pewnie wybór padłby na inny tytuł. Całe szczęście, że jestem mańkutem, bo miałem okazję do zapoznania się z naprawdę godną uwagi książką.  Moją sympatię uzyskał już fragment zamieszczony na tylnej okładce: „Mam tę pewność opartą na wiekuistych wyższościach pisania nad politykowaniem, że ja będę dłużej pisał, niż rząd będzie rządził” – podoba mi się pewność przekonań i tego, co się robi. Cała książka składa się z trzydziestu „opowiastek” (opatrzyłem cudzysłowem, gdyż chodzi mi o fabuły, a nie kryteria gatunkowe) – przybliżających sytuacje i postacie, które są znajome autorowi. Szczególną aprobatą otaczam trzy:

1. „Rękopis znaleziony na korytarzu szpitalnym” –  docenienie i zwrócenie uwagi na niełatwą pracę, jaką wykonują pielęgniarki -> „Uśmiecham się głupkowato i gapię bezwstydnie na siostrę Reginę, na siostrę Anitę, na siostrę Kasię, na siostrę Mariolę i na siostrę Wiolę zwłaszcza (…). Mityczne sanitariuszki, siostry miłosierdzia, pielęgniarki, felczerki wszystkich epok, ileż poruszających serce legend i pieśni o nich ułożono (…), są także w niepokojący sposób oswojone z ludzką cielesnością, z fizjologią, z najciemniejszą stroną tej fizjologii(…). One bez oporów dotkną, przewrócą z boku na bok i obmyją czyjeś upodlone, składające się z wyłącznie kruszejących kości i parszywiejącej skóry ciało. Żywe szkielety, w których na przykład najtęższą częścią nogi była rzepka kolanowa(…)”;

2. „Porywająca suchotnica” –  często denerwuje mnie kondycja mojej pamięci. Pamięci, która zawodzi w istotnych momentach. Młodsi koledzy, zwłaszcza maturzyści, lubią (i słusznie) pytać mnie o fabuły, bohaterów literackich itd. Zazwyczaj jednak fakty mielą się w głowie, dużo spraw ulatuje, a co za tym idzie, z tych moich odpowiedzi nie jestem później zadowolony. Z treści „Porywającej” dowiedziałem się, że nie tylko ja posiadam takie problemy, a i sama niepamięć nie musi uwłaczać wiedzy -> „Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać. Biblioteka jest zbiorem snów zapomnianych, ale utrwalonych, jest szansą nieustannego powrotu, a każdy powrót może tu na powrót stać się pierwszym przyjściem”;

3. „Pokój temu domowi” – bardzo wciągające wspomnienie o dziadku Jerzego Pilcha. O jego czasach szkolnych (gdzie języka polskiego w cieszyńskim gimnazjum nauczał niejaki Julian Przyboś), o wielkiej miłości, o niespotykanej dobroci ducha -> „(…) podchodził do niego budzący mieszane uczucia kloszard i prosił o wsparcie, otrzymywał wsparcie i dobre słowo(…), dziadek wyciągał z portmonetki słynną monetę z wizerunkiem rybaka, i wręczał ją kloszardowi, i mówił: - Masz, idź i żyj w pokoju (…)”.

Powyżej przytoczyłem trzy wybitne części Bezpowrotnie utraconej leworęczności. Miejsce nie pozwala mi na wspomnienie o innych, bardzo ciekawych fragmentach. Celowo nie wyjaśniam tytułu. Przeczytajcie (bo warto), a znajdziecie (warto szukać)…

Dodano dnia: 27.01.2013



Książka - Marek Karpiński - "Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji"

  Od dzieciństwa interesowałem się historią. W szkole była ona jednym z moich ulubionych przedmiotów.  Lubiłem czytać książki historyczne. I to zamiłowanie w pewnym sensie we mnie pozostało.  Historia jest pojęciem - wbrew pozorom – bardzo elastycznym.  W jednym słowie bowiem mieści się m.in. historia ludzkości, historia religii, historia muzyki, historia literatury itd. Swoją historię posiada również prostytucja. O dziejach tejże profesji zwykło się milczeć, a przecież i ta – kryje w sobie wiele ciekawych, choć czasami brutalnych prawd…

 Marek Karpiński, pozostając wierny chronologii,  przypatruje się prostytucji od Starożytności do XXI wieku.  Autor pisze, iż na początku mieliśmy do czynienia z prostytucją świątynną, sakralną: „Kapłanki w zamian za datki dla bogini obdarzały darczyńców swymi względami”. Co ciekawe, już  tamte realia możemy uznać jako okres narodzin reklamy.  Jak dowiadujemy się z książki, kobiety wychodziły na ulice w sandałach, na których podeszwach widniał wyryty napis: „Pójdź za mną”. Nierząd uprawiano w otwartej przestrzeni, tj.  w cieniach ogrodów, posągów i świątyń, w rozmaitych zaułkach… Prostytucja cieszyła się wielkim uznaniem w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Kaligula, Tyberiusz, Kommodus otaczali się wieńcem panienek. Ten ostatni podobno „trzymał” przy sobie 300 prostytutek.  Wydaje się, że w czasach starożytnych bardzo „poważnie” podchodzono do tegoż zawodu. Oprócz oddających się kobiet, zatrudniano tzw. ancillae ornatrices  - specjalne służące, które doprowadzały do porządku dziewczyny, w przerwach między kolejnymi klientami.  Następny rozdział w historii, czyli okres Średniowiecza, był – jak napisał Karpiński – ciężkim czasem dla prostytucji, ale ta nie uległa wyginięciu z trzech powodów: wojen, pielgrzymek i miast.  To w wiekach średnich narodziły się „dzielnice czerwonych latarni”, gdzie domy publiczne nazywano: zamtuzami (nazwa ‘burdel’ pojawiła się dopiero w czasie przybycia do Polski królowej Bony; wyraz ten pochodzi od włoskiego ‘bordello’).  Jak wspomniałem, Najstarszy zawód… wskazuje miasto, jako idyllę dla średniowiecznej prostytucji. Ta nie ominęła nawet Watykanu. Jak wynika z tekstu, kościoły wypełniane były wtedy przez tłumy ludzi. Oprócz modlitwy, załatwiano tam sprawy handlowe jak i … erotyczne.  Papież Klemens II, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, „wydał rozporządzenie, że połowa dochodów z trudu ladacznic ma iść na utrzymanie zakonów”.  Związki Kościoła i prostytucji nie rozluźniły się w epoce Renesansu. Niejaka Margerita Emiliana, z pieniędzy zarobionych „łóżkowych trudem ufundowała klasztor braciom Augustianom”.  Reformacja i kontrreformacja wzięły sobie za cel zniszczenie omawianej profesji. Sykstus V postanowił cudzołóstwo karać śmiercią.  W wieku XVI, jak widzimy,  Europa całkowicie zmieniała stosunek do prostytucji: od tolerowania do karania. Kolejne stulecia, czyli XVII i XVIII wiek autor opisał bardzo malowniczo i dosadnie. Oddajmy mu głos: „Symbolem tych czasów niech będą trzy panie, które zaczynały jako kurewki na jedną noc, aby karierę swą zakończyć w królewskim łożu”.  W kolejnych fragmentach książki możemy zapoznać się z kulisami tych historii. Szczególnie literacką przygodą mogą być zdarzenia z życia Marty Skowrońskiej - drugiej żony cara Piotra I. 

XIX wiek – jak twierdzi Karpiński – był bardzo przyjaznym dla najstarszego zawodu świata.  Nastąpiła urbanizacja, powszechne uciekanie ze wsi do miast, a co za tym idzie… nabijanie kieszeni paniom lekkich obyczajów.  Właśnie w XIX wieku padł rekord zapłaty za usługę seksualną.  Laura Bell, która była gwiazdą Wielkiej Wystawy w Londynie w 1850 roku, zainkasowała za jedną noc 250 000 funtów!  Omawiając XIX wiek, Karpiński zwrócił uwagę także na zwężone perspektywy kobiet w owym czasie:

„Dla kobiety nie było innej drogi kariery; naukowe instytuty nie przyjmowały kobiet, tym bardziej armia i marynarka. Zamknięte były przed nimi wrota kariery ekonomicznej i bankowej. Jedyne zawody, które były sfeminizowane, to zawód praczki (…) oraz służącej. Prawdziwie wielką karierę otwierało albo małżeństwo z kim znacznym, albo kondycja wielkiej kurtyzany”.

Dwudzieste stulecie przyniosło wielką zmianę.  Wojny światowe zaburzyły stosunki demograficzne. Narodził się ruch emancypacyjny. Zmieniły się poglądy. Kobiety stały się pewniejsze siebie. Nastąpiła tzw. "rewolucja seksualna".

Książka Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji kończy się w XXI wieku, czyli kończy się smutno. Opisuje bowiem proceder włączania dzieci w biznes erotycznego świata. Ta działalność jest poważną patologią, z którą bezsprzecznie trzeba walczyć.  Jeśli w dalszym ciągu istnieć będą hotele, które oferują, cytuję z książki: „przyjemność z siedmioletnią Galinką”, to przyszłość gatunku ludzkiego jawi się jako czarna, ognista, obrzydliwa plama.

Polecam tę książkę.  Oprócz wiedzy historycznej, jest  w pewnym stopniu ciekawym studium psychologicznym, ujawniającym  mechanizmy rządzące ludzkim ciałem i umysłem.  Na koniec jednak chciałbym przywołać słowa autora książki, który w jej zakończeniu uzasadnił:

„Ciekawe tematy poszerzają naszą wiedzę o człowieku. Pochylenie się nad tematem prostytucji to nie tylko poznawanie panien, które świadczą usługi miłosne (…). To pochylenie się nad człowiekiem”.

Dodano dnia: 18.11.2012



Książka - Gustaw Le Bon - "Psychologia tłumu"

    W 1895 roku, francuski socjolog – Gustaw Le Bon, opublikował swą najsłynniejszą książkę: Psychologię tłumu.  Był koniec XIX wieku, a badacz we wprowadzeniu napisał: „Nadchodzące stulecie będzie zatem erą tłumów”.   Nie do końca trafił w swoich proroctwach, zważywszy na późniejszą działalność dyktatorów rozmaitych systemów totalitarnych, którzy mieli zdolność podporządkowania owych tłumów.  Tę zdolność za to bardzo trafnie opisuje:

„Niemal wszyscy władcy świata, wielcy twórcy religii i państw (…) posiadali zawszę instynktowną znajomość duszy tłumów, byli intuicyjnymi  psychologami tłumów. Dzięki temu panowali nad tłumami.”

Dla przykładu autor przywołuje oczywiście Napoleona. Tłum, w opisywanej publikacji, charakteryzowany jest jako coś złego, destrukcyjnego, nieświadomego: „W tłumie zanika świadomość własnej odrębności”.  Francuski socjolog tworzy na potrzeby opisywanych procesów, nowe pojęcie, a jest nim tytułowa psychologia tłumu. Jakie najważniejsze elementy składają się na ten typ psychologii? Spójrzmy na wyniki obserwacji Le Bona:

- tłum posiada własną duszę, która jest odmienna od duszy każdego, odrębnego człowieka -> „Dusza ta każe im inaczej myśleć, działać i czuć, aniżeli myślała, działała i czuła każda jednostka z osobna”,

-  charaktery w tłumie zespalają się -> „Między wielkim matematykiem a jego szewcem może istnieć olbrzymia różnica co do rozwoju umysłowego, ale ich charaktery albo się nie różnią, albo różnią się nieznacznie”,

- „tłum to nagromadzenie miernoty, nigdy zaś inteligencji”,

-  jednostka w tłumie = automat -> „(…) każdą jednostkę w tłumie cechuje: zanik świadomości własnego ja (…) Jednostka przestaje być sobą, staje się automatem, którym kieruje wola narzucona, nigdy zaś własna”,

- „(…) pod względem intelektualnym tłum zawsze stoi niżej od jednostki”.

Psychologia tłumu posiada trzy księgi, z których każda próbuje dokładnie opisać pewne zjawiska. Pierwsza zajmuje się duszą tłumu; druga próbuje przybliżyć poglądy i wierzenie tłumu; trzecia kategoryzuje i opisuje różne rodzaje tłumów.  Do lektury tego dzieła skłonił mnie niepokój, jaki rodził się po obserwacji pewnych zdarzeń, w których górował właśnie tłum.  Tłum bezimienny, rodzący zło. Starałem się odpowiedzieć na pytanie: Unde malum? Skąd tak zdziczałe formy w człowieku, jako jednego z klocków tłumu?  Wydaje się, że Le Bon sformułował trafną diagnozę. Zawarł ją w rozdziale II księgi pierwszej:

„Ale dlaczego? Po prostu dlatego, że w duszy każdego człowieka drzemią instynkty burzycielskie i zdolność do okrucieństwa, będące pozostałością epoki pierwotnej. Jednostka zdaje sobie sprawę, że danie posłuchu tym instynktom może wprowadzić na niebezpieczną drogę, ale kiedy znajdzie się w nieodpowiedzialnym tłumie, który zapewnia jej bezkarność, wówczas nie dba o ich stłumienie.”

Zdania te pisane były pod koniec dziewiętnastego stulecia.  Czy są nadal aktualne? Patrząc na zachowania zbiorowisk ludzkich, myślę, że tak… Bodźce psychologiczne wpływające na człowieka w skumulowanych środowiskach, nie zmieniły się. 

Dodano dnia: 08.11.2012



CD - Lipali - "Trio"

  

W świecie muzycznym możemy przywołać wiele przykładów, kiedy ktoś po odejściu ze swojej macierzystej grupy, próbuje zdobyć sukces poprzez działalność solową. Zazwyczaj takie postępowanie kończy się fiaskiem.  Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którym się udało.  Na polskim rynku na pewno poradził sobie Kazik Staszewski. Ale nie tylko on… Otóż Tomasz „Lipa” Lipnicki, po rozwiązaniu w 1999 roku grupy Illusion, założył swój zespół, który po dziś dzień zwie się Lipali. Już z samej nazwy, będącej ciekawym zabiegiem leksykalnym, można wywnioskować, że nie będzie chały.  Najważniejsza jednak jest muzyka. Poprzez działalność w swojej pierwotnej grupie Illusion, „Lipa” zawiesił własnej osobie poprzeczkę bardzo wysoko. Takie kawałki jak:  Na luzie, Cierń czy też Nóż , od lat mieszczą się w kanonie polskiej muzyki rockowej.  Czy Lipali poradziło sobie z wymaganiami, nałożonymi przez publiczność? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie, omawiając płytę pt. Trio, wydaną dokładnie trzy lata temu.

Od samego początku zapowiada się ciekawie.  We właściwy klimat Wiersza wprowadzają nas przesterowane gitary.  Na początku tego utworu słyszymy melorecytacje, by w refrenie spotkać wybuch emocji. Ciekawym zabiegiem okazała się psychodeliczna przyśpiewka: „ta ta ta ta – ta ta ta ta” – zaczerpnięta chyba prosto od  Siekiery z okresu nowofalowego.  Melodia Barykad może zaskoczyć, gdyż jest wręcz… popowa.  Przyjemny głosik, grzeczny bas itd. Utworu broni mięsisty refren.  Z kolei Pan od początku do końca brzmi bardzo metalowo. Świetny riff przypomina dokonania Pantery. „Lipa” w powyższym kawałku przekornie pyta słuchaczy: „Czy chcesz, czy jeszcze możesz z szeregu wyrwać się?”.  Teksty są jednym z najważniejszych elementów, składających się na ocenę dzieła muzycznego. W przypadku omawianego krążka mogę przyznać, iż są przemyślane, czasami wręcz zahaczają o filozofię (tj. w TKM: „Wszyscyśmy są wbici w mit / że niesiemy ciągle komuś jakiś świat(…)”).  

Człowiekowi, w większości wypadków, trudno całkowicie odciąć się od przeszłości. Słyszymy to dobitnie w utworze Do DNA, kiedy dźwięki tworzą atmosferę typową dla Illusion . Wolne tempo, sabbathowskie uderzenie, ciężkie gitary… No i tekst: „Uderzyć chciałbyś go w twarz / tak wiele bólu jest w Tobie(…)”  - tak podobne do tematyki poruszanej przez Lipnickiego w poprzednim zespole.  Warto zwrócić uwagę również na Białę flagę. Okazało się bowiem, że piosenki Republiki mogą zabrzmieć czadowo! Ciekawy pomysł, na którego sukces miał wpływ niewątpliwie charakterystyczny wokal „Lipy”.

Na płycie są niespodzianki. Takową jest bezsprzecznie piosenka pt. Życie cudem. Utwór ogniskowy, z harmonijką w tle, skądinąd stojący na niezłym poziomie.

Resumując, zagorzali fani Tomka Lipnickiego powinni być zadowoleni. Ja zagorzałym fanem nie jestem, a płyta zwróciła moją uwagę. To dobry znak. Książkę czasami warto przeczytać dla jednego zdania. Płytę czasami warto przesłuchać dla jednej piosenki.  Gdybym miał wybrać, to w przypadku Trio, jest to utwór Wiersz, choć jeszcze raz zaznaczę: większość materiału jest godna uwagi.  

Dodano dnia: 08.11.2012



Książka - Mariusz Urbanek - "Broniewski. Miłość, wódka, polityka"

  Broniewskiego z czasów szkolnych pamiętam mało. W głowie został mi tylko nieśmiertelny fragment:  „Kiedy przyjdą podpalić dom/ ten w którym mieszkasz - Polskę…”.   Jednak od pewnego czasu, chodziła mi po głowie myśl, aby bliżej poznać życie poety i tak sięgnąłem po biografię Broniewskiego popełnioną przez Mariusza Urbanka.  Wiem, że najbardziej liczy się książki treść, ale przyznam, iż okładka i tytuł zrobiły „swoje”.   Są one adekwatne do życia Władysława Broniewskiego, który był bardzo kochliwy (choć prawdziwą miłością obdarzył tylko jedną kobietę, mianowicie Marię Zarębińską, ale o tym później), który pił alkohol litrami, który był komunistą, tudzież czerwona barwa dzieła nie wzięła się znikąd.  Opisuję zazwyczaj te książki, które warto przeczytać. W tym przypadku jest podobnie.

404 strony, a na nich mnóstwo anegdot, opowieści, wzlotów i upadków utalentowanego człowieka.  Jak doskonale wiemy, Broniewski jest utożsamiany z poezją żołnierską, bojową (choć na koniec dam przykład, że potrafił też pisać inaczej). Mało tego, jest w tym wiarygodny.  Dlaczego? Otóż, w przeciwieństwie do Mickiewicza, brał czynny udział w walkach I wojny światowej. W czasie kolejnej wojny został – na rozkaz gen. Andersa – oficerem Batalionu Szkolnego 6. Dywizji Piechoty. Nie bał się wojny, nie bał się walki. Żołnierze również lubili swojego nietuzinkowego kompana, który ulegając prośbom, recytował swoje wiersze. Relacjonuje jeden z wojskowych: „Wyjął małą książeczkę, potem notes… ale wyrecytował wiersz z pamięci, spokojnie, cicho, bez najmniejszego patosu, jakby czytając komunikat z gazety. Kompania skamieniała…”.  W czasie wojny przebywał także w Jerozolimie, ale bardzo tęsknił za krajem. W końcu wrócił…  Był w PRL – u bardzo poważaną osobą, bynajmniej nie przez serwilizm, ale wręcz odwrotnie! Oprócz haniebnego poematu pt. Słowo o Stalinie, zazwyczaj buntował się, mówiąc: „Prawdziwa poezja nie może poddać się partyjnym poleceniom”.  Był człowiekiem, którego ludzie Polski Ludowej bardzo potrzebowali. Mowa tu nie o członkach PZPR itp. , tylko o zwykłych robotnikach, szarych ludziach szarego kraju. Do legendy przeszły jego wieczory autorskie, kiedy to sale pękały w szwach, a społeczeństwo na fragment wiersza pt. Zagłębie Dąbrowskie : „ By te słowa zabrał niejeden / jak lonty dynamitowe / na Hutę Bankową, na Reden… / - Zapalać! Gotowe?” , odpowiadało potężnym chórem: „Gotowe!”.  Posiadał w sobie ducha rewolucji - przyznaje to niejedna postać, przywołana w tejże biografii. Warto również przytoczyć słowa opisujące pewne zdarzenie, które miało miejsce w Moskwie. Oto strona 331 omawianej biografii:

„Podczas akademii zorganizowanej w wypełnionej po brzegi wielkiej sali, Broniewski znów był pijany. Przysypiał i z trudem utrzymywał się na krześle. A jego przemówienie było najważniejszym punktem uroczystości. Kiedy nadszedł jego czas, wyjął kartki z zatwierdzonym w Warszawie przemówieniem i próbował czytać. Z kiepskim skutkiem. Wreszcie zirytowany odłożył kartki, potoczył wzrokiem po sali i zawołał:

- Jeszcze Polska nie zginęła!”

Potrafił wzbudzać emocje i kontrowersje.  Z biegiem czasu jednak coraz bardziej zatapiał się w alkoholu, a szczególnie „popłynął” po śmierci miłości swojego życia, wspomnianej już wyżej, Marii Zarębińskiej. Nawet kilkanaście lat po jej odejściu, poeta kupował świeże kwiaty i kładł koło jej zdjęcia.  Posiadał w swoim życiu trzy żony, ale wydaje się, że to Zarębińska była tą jedyną…  Jej brak nadrabiał wódką.  Z treści książki, możemy poznać szczegóły libacji m.in. z K. I. Gałczyńskim. To już nie było zwykłe picie. W pewnym momencie wnuczka poety, Ewa Zawistowska, napisała w jednym z listów: „Dziadek o mało nie zapija się na śmierć…”.  Posiadał również kłopotliwy (dla znajomych) zwyczaj.  Dowiadujemy się, że potrafił o trzeciej w nocy dzwonić do kolegów czy też koleżanek i recytować, z domieszką bełkotu, swoje wiersze.  Z biegiem czasu dzwonił coraz mniej, gdyż coraz trudniej szło mu mówienie. Zmarł w 1962 roku na raka krtani.

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że książka Mariusza Urbanka pt. Broniewski. Miłość, wódka, polityka była i jest dla mnie kierunkowskazem w stronę wierszy Władysława Broniewskiego. I z każdym takim wierszem, utwierdzam się w przekonaniu, że był to gość, który oprócz talentu do picia wódki, posiadał również niebywałą zdolność pisania wybitnej poezji.

Dodano dnia: 02.10.2012



Książka - Ks. Adam Boniecki - "Lepiej palić fajkę niż czarownice..."

  „(…) Człowiek pewny swojej wiary nie będzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku”. To tylko początek tej książki. Książki, na którą składają się czterdzieści dwa felietony ks. Adama Bonieckiego. Człowieka, którego niezwykle cenię za erudycję, sposób bycia, pewność przekonań i spokój ducha. Ten spokój zachował nawet u Moniki Olejnik, a to nie jest proste. W programie Kropka nad i ksiądz został prowokacyjnie zapytany przez dziennikarkę o krzyż, a dokładnie: „Czy krzyż powinien wisieć w sejmie? Tak czy nie?”. Boniecki westchnął, popatrzył na Nią swoim niepowtarzalnym wzrokiem i odpowiedział: „Obie odpowiedzi są prawidłowe…”.  To zdanie jest potwierdzeniem, zacytowanych na początku tej recenzji, słów. 

Podczas czytania książek mam pewien rytuał. Zawsze zaznaczam fragmenty, które w jakiś sposób są mi bliskie. Podkreślam, zaznaczam wykrzyknikiem. Tych wykrzykników sporo się tu znalazło… Sam tytuł (jakże zaczepny!), typowy dla humoru księdza Bonieckiego, jest aluzją do czasów średniowiecza, kiedy to na stosie palono niewinne kobiety (więcej o czarownicach w recenzji książki pt. Malleus Maleficarum).  Ale odejdźmy od tych zabobonnych czasów. Skupmy się na rzeczywistości, na problemach współczesności, bo o nich w głównej mierze traktuje ten zbiór tekstów ks. Bonieckiego.  Mowa tutaj m.in. o buncie (felieton pt. Wielkie ryzyko Pana Boga):

(…) Życiodajne zmiany w Kościele z reguły dokonywały się dzięki ludziom, którzy ramy rozsadzali. Takim jak św. Franciszek i jego pierwsi towarzysze, bardziej przypominający hipisów niż czcigodnych zakonników. (…) Takim jak niektórzy współcześni papieże: Jan XXIII, Jan Paweł II. Nie łudźmy się: choć byli papieżami, to ich poczynania często budziły sprzeciw „dobrze myślących” ludzi Kościoła.

Czytając tekst pt.  Ani miejscem, ani językiem, ani strojem można wnioskować, iż autor jest pacyfistą. Pokojowo budowane wspólne dobro narodów – to podstawa myślenia, jaką – wg księdza – powinni przyjąć mocarze.  Jednym z najpiękniejszych felietonów jest Pogarda i zgorszenie, w którym Boniecki mówi o szacunku do innych wiar i przyznaje, że z przykrością czyta na mszach świętych Psalm 115 czy też historię zawodów proroków Eliasza z prorokami pogańskimi… Podoba mi się ta szczerość wyznania…

Problem mam jedynie z felietonem o… Szatanie (Szatan, w którego nie wierzę). Ksiądz – dziennikarz dowodzi, iż istnienie diabła jest niepodważalne, ale mylnie odbierany jest jego wizerunek. Uważa, że artyści (m.in. Nergal) malują go w taki sposób, że wiarę zamieniają w ponury żart, tworząc rozrywkowy satanizm. Do teraz się nad tym stwierdzeniem zastanawiam…

Ogólnie rzecz ujmując: książka warta uwagi! Mimo, że autor jest księdzem, to na życie patrzy nie tylko z ambony…   

Dodano dnia: 09.09.2012



Książka - Eliza Orzeszkowa - "Cham"

       Gdy uczniowie słyszą o Orzeszkowej zaczynają ziewać, bo przypominają im się rozwlekłe opisy przyrody w narzuconej kiedyś przez ministerstwo książce pt. Nad Niemnem.  Gdybym wyszedł na ulicę i poprosił spotkanych ludzi , o wymienienie choćby jednego tytułu książki Elizy Orzeszkowej, to właśnie Nad Niemnem położyłoby na łopatki inne dzieła tej świetnej pisarki. Dla większości ludzi Orzeszkowa = Nad Niemnem.  Niestety…   A oprócz tej książki, pisarka stworzyła m.in.  Niziny, Anastazję, Dziurdziów  no i  tę, którą rozpoczęła pisać po nieprzespanej i zapłakanej nocy (po przeżyciu nieodwzajemnionego uczucia do Stanisława Nahorskiego) 1887 roku, a nazwanej prosto i dobitnie: Cham.  Fabuła tej powieści także jest prosta, pospolita, życiowa… bo z życia wzięta.  Za genezę utworu uważa się wydarzenia i historię miłości dwójki ludzi z miejscowości, która była położona blisko Grodna, w którym to mieszkała nasza czołowa pisarka.  Orzeszkowa zatem zajęła się tematami powszednimi, takimi jak: miłość, konflikty, zdrada  - ale „ubrała” to w takie zdania, że stworzyła z historii dwójki ludzi literaturę najwyższych lotów.  Świetnie zarysowane postaci: Pawła Kobyckiego i Franki Chomcówny tworzą przemyślany w każdym aspekcie kontrast. Orzeszkowa za pomocą swoich bohaterów tworzy metaforyczny konflikt miasta i wsi. Paweł jest przedstawicielem wiejskiej kultury, z kolei Franka wywodzi się z innych sfer. W myśl ulubionego powiedzenia autorki, że „ludzie stworzyli miasta, a bogowie wieś”, Paweł zobrazowany jest w sposób niezwykle pozytywny, czysty,  miłosierny. Niektórzy badacze literatury zarzucali nawet Orzeszkowej, iż w powieści realistycznej stworzyła nierealistyczną postać.  Wspominany kontrast pomiędzy „dobrym” Pawłem, a „złą” Franką  jest najbardziej widoczny, kiedy to przyjrzymy się porównaniom, które Orzeszkowa konsekwentnie tworzyła. Paweł nazywany był często przez ludzi „apostołem”, czasami wręcz działał „jak Jezus”, a jedna z postaci (Marcela) powiedziała, że „jest zbawicielem”.  Oczy miał błękitne. Jest to ważne w kontekście oczu Franki, które wyróżniały się intensywną czernią.  Zresztą metaforyka piekielna przedstawiała  Frankę do samego zakończenia: „krucza czarność włosów” ; „czartowska córka” ; „z jej oczu lał się żar” ; „ognistość w ruchach” i najbardziej dobitnie we fragmencie: „Spłonęła właściwym sobie, krwistym i szybko znikającym rumieńcem(…)”.   Pomimo wszystkich grzechów bohaterki, w czytelniku budzi się żal do tej postaci. Szuka on przyczyny tak destrukcyjnego działania. Być może zaburzone dzieciństwo Franki, zgodnie z tezą Sigmunda Freuda, odbijało się echem w jej dorosłości?  Ta powieść zadaje wiele takich pytań, ale oprócz tego, czytelnik przeżywa lekturę, gra z bohaterami i co najważniejsze… może poczuć atmosferę, którą tworzyły niepowtarzalne tereny dawnej Rzeczypospolitej.  

PS  A powyższy tekst mógłbym skrócić przywołując fragment listu Marii Konopnickiej do Orzeszkowej. Jest on najlepszą oceną omawianego przeze mnie dzieła. Oddaję więc głos autorce Roty:

„Gdzie Ty się, kobieto, nauczyłaś tak rękę na

ludzkim sercu kłaść – i jego drżenie żywe w siebie brać –

i jego ruchem pióro swoje wodzić?”

Dodano dnia: 23.08.2012



Książka - Jacob Sprenger, Henryk Kraemer - "Malleus Maleficarum"

  Późne średniowiecze. Dwieście pięćdziesiąt lat działa już inkwizycja, sto pięćdziesiąt lat uśmierca się – na zlecenie papieża Jana XII – wszystkich tych, co oddali się diabłu.  Kobiety masowo są palone na stosie,  posądzane za obcowanie z szatanem. Kulminacją tych wydarzeń, tamtego okresu jest dzieło dwóch inkwizytorów: Jacoba Sprengera i Heinricha Kramera, którzy pod koniec XV wieku, wydali pod nazwą Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) poglądy epoki na temat magii, czarów i czarownic.  Aż do końca XVII wieku dzieło to było najpopularniejszą pozycją po Biblii. Dziś mamy XXI wiek: zupełnie inne problemy, całkiem inne czasy i zarazem… inaczej czyta się ten omawiany tekst.  Współczesny czytelnik potraktuje Młot… za ciekawą, choć miejscami brutalną bajeczkę. Osobiście książkę przeczytałem parę razy. W niektórych częściach moje usta przybierały cień ironicznego uśmiechu, gdyż w takie bzdury ciężko jest dziś uwierzyć ; czasami jednak przechodziły przez moje ciało dreszcze bólów i współczucia, a w głowie pojawiała  się myśl: „oby taka ciemnota nigdy już nie zasłoniła ludzkich serc i dusz ”.  Książka jest wielkim atakiem na kobiecą płeć. Już na samym początku autorzy wbijają pióro niczym drzazgę w niewieści ród. Przykłady? Proszę bardzo: „Wszelkie zło jest nieskończenie małe w porównaniu ze złem kobiety…” ; „Mniej niebezpiecznie jest przebywać z lwem lub smokiem niż z niegodziwą kobietą…”.  Z tego dokumentu wynika, iż kobiety w tamtych czasach miały naprawdę ciężko, gdyż wyjątkiem była ta, która nie była nazwana czarownicą. Niektóre od razu palono, a inne zostawały poddawane „próbie wody”. Na czym owa próba polegała? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż, zanurzano kobietę podejrzaną o czary, często obciążoną dużym kamieniem w rzece, stawie lub kanale. Jeżeli ofiara utrzymywała się na powierzchni wody uważano, że diabeł nie chce, by jedna z jego wyznawczyń zginęła. Tym sposobem konszachty z diabłem były udowodnione i wyrok wykonywano natychmiast. Gdy zaś badana od razu szła na dno, uważano ją za niewinną.  Jak widzimy, przerażające… Jeszcze bardziej przerażający jednak jest cennik tortur, który głosi iż za „ścięcie głowy i przywiązanie ciała do koła oraz zatknięcie głowy na palu” winno zapłacić katowi pięć talarów niemieckich (!!!).  W Młocie… znajdziemy także wiele bardzo subiektywnych opowiastek (bajeczek), które głosiły, iż tylko chrześcijaństwo jest nieskazitelne, prawdziwe i jedyne możliwe. Wszystkie inne poglądy są złe i koniecznie trzeba je wykorzenić (czytaj: zabić). Z humanistycznego punktu widzenia treści zawarte w tym dziele są ohydne, obrzydliwe. Z drugiej strony: tekst Sprengera i Kramera jest ciekawym dokumentem tamtych czasów, jak widzimy: bezwzględnych, zabobonnych – i tylko z tego powodu książka ta warta jest przeczytania. Recenzję tę pragnąłbym zakończyć słowami Jerzego Szafiańskiego, które ukazały się w miesięczniku Wiedza tajemna:

"Warto pomyśleć czasami o tych tysiącach ofiar, kiedy w niedzielny poranek udajemy się na mszę do kościoła lub gdy podróżując po świecie podziwiamy przepiękne świątynie, rzeźby czy obrazy pozostawione nam w spadku przez naszą chrześcijańską spuściznę..."

Dodano dnia: 21.08.2012